wtorek, 27 listopada 2012

elektryk o dobrych oczach


Przedzieram się przez remont, jestem w tym coraz lepsza. Dziś drugie spotkanie z elektrykiem. Spóźnił się, więc zdążyłam zwiedzić okoliczne łąki. Zmieniły się od kiedy je pamiętam z dawnych spacerów. Są coraz mniejsze. Miasto nieuchronnie pożera pola. Nad bruzdami ziemi las dźwigów, hałasują, zagłuszają ptaki.

Koniec spaceru, wracam sprawdzić, czy żarówki świecą. Świecą. Elektryk jest miły i pomaga mi przenieść kilka mebli. Rozmawiamy o losach świata. Pan Krzyś żałuje, że nie przyniósł dla mnie książek – Lubi Pani czytać książki? – pyta. Patrzę z zaciekawieniem. Potem już jest o Biblii, o tym świecie i o tamtym. Po raz kolejny Ktoś głosi mi Ewangelię. Sporo wie o historii Rzymu w pierwszym wieku tej ery, potem trochę o Jezusie, końcu czasów i jak rozpoznać Ducha Świętego. Zastanawiam się po cichu, czym jest ten koniec czasów. Dla mnie, dla Niego i dla samych czasów… Jest tak spokojnie.

Przyznaję, że jestem ponad religiami. Jednak nie dzielę się z Nim moją ulubioną mantrą, którą śpiewałam chodząc wcześniej po łąkach. Pan Krzyś zdecydowanie stawia na Jahwe. Ja zapytana nie potrafię powiedzieć imienia Boga. Przyznaję nawet, że nie potrafię i że cokolwiek bym powiedziała, to będzie nadal tylko słowo, ludzkie słowo, w jednym z wielu języków.

Z wielką łagodnością mój elektryk ostrzega przed okultyzmem i ta łagodność sprawia, że nie ma się czego bać i dalej sobie rozmawiamy, a czas płynie. Nad dachami przelatuje kolejny samolot, leci z tego świata do tego samego.

W końcu mówię, że najbardziej widzę Boga w oczach ludzi. I że w Jego zobaczyłam od razu. Nic nie bujam, naprawdę zobaczyłam.

Pan Krzyś żałuje, że nie ma drugiego kasku, chętnie by mnie podwiózł motorem do domu. To miłe. Życzymy sobie wszystkiego dobrego. Idę dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz