piątek, 4 stycznia 2013

o zakochaniu (patrząc z odległości siedmiu tysięcy kilometrów)



Snucie teorii na podstawie jednego przypadku metodologicznie przypomina grzebanie w fusach od kawy. No to pogrzebmy.

Od kilkunastu miesięcy przyglądam się uczuciu zakochania. Obserwuję zjawisko zwykle od środka, przenosząc czasem punkt siedzenia na zewnątrz, o ile jest to akurat możliwe. Ponieważ metodologia jest taka, jaka jest, nie będę się silić na definiowanie samego stanu zakochania. Proponuję, żeby każdy z Czytelników zrobił to na własny użytek.

Obserwacja zakochania najbardziej kojarzy mi się z analizowaniem stanu pogody. Pogoda jest czymś zewnętrznym wobec człowieka i raczej mu się przydarza. Wydaje się, że niewiele można zrobić z tym, czy świeci słońce, czy pada deszcz i ile milimetrów, jaka temperatura, czy jest tęcza, czy jest burza, z której strony wieje i czy jest z czego lepić bałwana. Chociaż jeśli motyle skrzydła są w stanie poruszyć masy powietrza i spowodować huragan na drugiej półkuli, to może jednak ma znaczenie, w jaki sposób machamy ręką? I to całkiem serio. Efekt motyla nie pochodzi z dziedziny poezji. Jest jak najbardziej mierzalny i opisywalny przy pomocy równań różniczkowych w pięknej dziedzinie matematyki, jaką są układy dynamiczne.

A o zakochaniu matematyka milczy. Pozostaje obserwacja i wspomniane już fusy. Otóż z moich wieloletnich doświadczeń i ostatnich obserwacji, na które skazał mnie los i wrodzona ciekawość wynika, że w zakochaniu niczego nie da się zmierzyć niczym, ani też w żaden sposób wyjaśnić. I na tym można by poprzestać, ale jednak widzi mi się ostatnio pewna prawidłowość, która właściwie trochę mnie zawstydza.

Prawidłowość tę odkryłam, przyglądając się falowaniu stanów okropnej wewnętrznej zawieruchy i dzikiej tęsknoty następujących po (i przed) okresem słodkiej ciszy i spokoju, a nawet uśpienia. W poszukiwaniu przyczyn, po których pojawiają ekstrema, początkowo nie znalazłam nic. Wydawało się, że nagle uderza niewidzialny piorun i już po mnie. A potem, tak samo nagle, jak ręką odjął, jestem sobie tu nieporuszona. Aż zobaczyłam korelację. To moje ciało, z księżycowym rytmem, narzuca emocjom rację istnienia. Nieustająco, nieuchronnie otwiera się i zamyka joni w swoim czasie, nie zważając, co „ja” na to. Niby takie proste, naturalne. Rytm, który kiedyś się zaczął i kiedyś się skończy. Życie w ciele kobiety. Życie, które rozpala oczy i duszę. I wysyła tę duszę na poszukiwanie, w świat.

Tyle dziś o zakochaniu.

Trochę przymrużam oko, kiedy tak patrzę. Trochę przez to się dystansuję. Od pogody? Od ciała? Od natury?

Chcieć widzieć miłość, która nie jest stanem zakochania powodowanym porywem wichru. 
Chcieć widzieć miłość. Chcieć widzieć Ciebie. I Siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz