niedziela, 14 czerwca 2015

lato jesień zima wiosna

"Do Boliwii droga prosta", a Plantami po łuku. Koła się kręcą, Stachura mi w głowie mantruje. W cieniu bardzo starych drzew dobrze się zatrzymać na długą chwilę chłodu. Za plecami, w szpitalnej sali kobieta spod okna, co nie dawała spać, bo wołała w nocy Józiczka, już nie zawoła. Współmieszkanki pokoju łykały łzy. Nie można się chyba zżyć z kimś przez dwa dni. Ale z sobą to co innego. A łzy są swoje...
W szpitalu robią to tak, że stawiają biały parawan. Śnieżnobiały. I zamiast człowieka widać zasłonkę. Żeby mógł tam sobie jeszcze z sobą pobyć.
Patrzę na ciała, chwytające powietrze. Sobą patrzę na ciała. I na oczy wpatrzone w coś. Oczy błękitniejące niezależnie od barwy tęczówek.

środa, 10 czerwca 2015

aby język

"...Aby język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa..."
To za mało, panie poeto, głowa mówi. Chociaż może by temu "ducha skrzydłu" zaufać.
Aby język nie był granicą poznania. Mój język, twój język. Moje bycie słuchaniem. Nasze bystre cięcia definiujące obszary prawdy. Nasze niejasne ukłucia między żebrami. Wdech w to. Słowo, na które padają osobne światła par oczu. I krok w ciemność, bez słownika, na wiarę, że jest przestrzeń. Na stopę w chmurach.

[dobrze]

Latem lubię pisać nago. Zimą w futrze. Nie mam futra. Dobrze, że jest lato.

[miasto, fragmenty]

Lato. Muzyka na ulicach do słońca i do kotleta. W barze mały chłopiec powoli oswaja klasyczne dźwięki strun i fletu, a potem, kiedy już zasłonił i odsłonił uszy wystarczająco dużo razy, zaczyna tańczyć. Muzycy się uśmiechają. Ten spontaniczny taniec dziecka wybija się ponad brzęczenie sztućców, gwar rozmów, zbiorowe wrzaski nieodległych kibiców i wszystkie szumy i poruszenia miasta.
Na Placu Szczepańskim grają "Augustowskie noce" i staruszkowie tańczą. Tak samo młodzi, jak ten chłopiec.
Mijam rowerem telewizory. Kibice krzyczą, gdy coś się dzieje.
Nad Wisłą młody człowiek w stylowej czapce sprzedaje swoją książkę wydrukowaną i zszytą własnoręcznie. Życie się toczy, gra, pisze, migocze, wrze, dotyka. Rzeka płynie. Marketing pisarza porywa świeżością wyrazu, inspiruje, uśmiecha. "Co was łączy?" - pyta. W punkt. Jak to pisarz. Performer, twórca nieoczekiwanego.
Środek nocy, ale daleko od snu.
Wawel dzwoni dzwonem. Na jednej z barek Cohen, za murkiem na ekranie Bob Dylan.
Policja sprawdza, czy każdy robi to, co powinien.
Gwiazdy mrugają.
Lipa pachnie.
Lato. Zaczyna się.

[oddziały wewnętrzne]

Dziwnie jest wjechać rowerem w ścianę. Część "ja" jedzie, a inna część woli skręcić. Niby nic się nie stało.
W szpitalnej sali staruszka mówi głośnym szeptem: "jak mi odepną kroplówkę, to stąd spierdzielam". Wydało mi się to trochę rozsądne. A trochę nie.
Niedawno szedł za nami mężczyzna, który rozmawiał sam z sobą. To była przedziwna rozmowa. Był jeden, ale w środku było ich co najmniej dwóch. I się spierali o coś, mocno się spierali. Później syn mnie spytał: "Czy to był ziemski człowiek?" Spodobało mi się to określenie na niezwykłość ludzkiego istnienia.
Bo istnienie jest niezwykłe, jakby nie patrzeć.

boże ciało

Boże ciało świętuje na leżaku. Świeci na nie boże słońce, płynie boża rzeka. Siła grawitacji robi swoje. Powieki opadają w sen. Za firaną rzęs skrzydła ptaków grają z wiatrem. Na drugim brzegu ruchome sylwetki i ich cienie wydają się mniejsze. Z ciepłych ramion wyrasta opowieść o lecie w dolinie ludzi.

lody na Kazimierzu

- Dała mi pani serce - powiedział sprzedawca lodów. I wyciągnął otwartą dłoń. Faktycznie, dałam, przykleiło się do monety. - Nie chciałam - odpowiedziałam. Czasem można nie wiedzieć, czego się chce.