Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 października 2014

życie jako gra z czasem

Gdyby wyobrazić sobie, że czas jest rzeką (bo właściwie, czemu by nie?), to płyniemy, dryfujemy, zawracamy. Kiedyś tam wyparujemy. Zachmurzymy. Skroplimy, wsiąkniemy w ziemię. Napoimy drzewo, zabierze nas rzeka, do morza i dalej. I może jeszcze dalej.
Dziś są urodziny Brata. Nie wiem, gdzie i dokąd teraz płynie, jaką chmurą. Mnie płyną łzy. I tak jest dobrze.
A czas, to banalne tik tak, nic sobie z tego wszystkiego nie robi.
Zamiast jechać dziś rowerem, szłam wzdłuż Wisły w stronę kładki, w stronę morza. Inaczej jest iść niż jechać. Nie dość szybko jest iść. A świat wtedy inaczej wygląda. Pojawiają się szczegóły, które w pędzie niezauważone zaledwie migoczą, nim zdążą zaistnieć.
Świat wygląda zupełnie inaczej, kiedy zmniejszy się prędkość, na przykład stukrotnie.
Można popatrzeć, jak łabędź głaszcze pióra dziobem. Można zajrzeć w czyjeś oczy.
Różnie w życiu robimy: biegniemy, leżymy i wszystko pomiędzy tymi dwoma.
I czasem robimy to równocześnie. Część mnie realizuje cele, zadania, te małe na dziś i te na wiele lat. Robi, popycha, gna, dąży, nie ustaje. I inna część mnie, która potrzebuje być. Siedzieć przy stole, zapalić świeczkę, śpiewać, śnić, milczeć, patrzeć na sikorkę, co skacze po wyłysiałym drzewie za oknem. Patrzeć na Dziecko. Na to wszystko, czego nie widać w biegu.
One obie potrzebują przestrzeni. Ta, która biegnie i ta, która się zatrzymuje.
Światło księżyca w nowiu jutro się zatrzyma.
Na jedną małą chwilę.

sobota, 13 września 2014

różne miłości

Jak różne mogą być miłości, a właściwie to, co określamy takim słowem. Mam na myśli miłość do człowieka. Nie miłość jako naturę istnienia, wszystko przenikającą. Ale to, czym można wyrazić, nazwać relację "do".

Patrzę na Chłopca, którego duszą dobry los obdarował moje życie.

Zobaczyłam, że niczego od niego nie oczekuję. Nie potrzebuję, żeby był jakiś, albo nie był jakiś. Nie mam pomysłu na niego. Nie mam planu, marzenia. Cieszę się, że jest. Aż tyle.

A kiedy pomyślę o jakiejś innej relacji, a szczególnie o związku z bliskim mężczyzną (albo z samą sobą!), ileż tam pojawia się tego: "chciałabym".

Jak to dobrze kochać zamiast wymyślać.

Być zamiast chcieć.

Oddychać zamiast pragnąć.

piątek, 4 stycznia 2013

o zakochaniu (patrząc z odległości siedmiu tysięcy kilometrów)


Snucie teorii na podstawie jednego przypadku metodologicznie przypomina grzebanie w fusach od kawy. No to pogrzebmy.

Od kilkunastu miesięcy przyglądam się uczuciu zakochania. Obserwuję zjawisko zwykle od środka, przenosząc czasem punkt siedzenia na zewnątrz, o ile jest to akurat możliwe. Ponieważ metodologia jest taka, jaka jest, nie będę się silić na definiowanie samego stanu zakochania. Proponuję, żeby każdy z Czytelników zrobił to na własny użytek.

Obserwacja zakochania najbardziej kojarzy mi się z analizowaniem stanu pogody. Pogoda jest czymś zewnętrznym wobec człowieka i raczej mu się przydarza. Wydaje się, że niewiele można zrobić z tym, czy świeci słońce, czy pada deszcz i ile milimetrów, jaka temperatura, czy jest tęcza, czy jest burza, z której strony wieje i czy jest z czego lepić bałwana. Chociaż jeśli motyle skrzydła są w stanie poruszyć masy powietrza i spowodować huragan na drugiej półkuli, to może jednak ma znaczenie, w jaki sposób machamy ręką? I to całkiem serio. Efekt motyla nie pochodzi z dziedziny poezji. Jest jak najbardziej mierzalny i opisywalny przy pomocy równań różniczkowych w pięknej dziedzinie matematyki, jaką są układy dynamiczne.

A o zakochaniu matematyka milczy. Pozostaje obserwacja i wspomniane już fusy. Otóż z moich wieloletnich doświadczeń i ostatnich obserwacji, na które skazał mnie los i wrodzona ciekawość wynika, że w zakochaniu niczego nie da się zmierzyć niczym, ani też w żaden sposób wyjaśnić. I na tym można by poprzestać, ale jednak widzi mi się ostatnio pewna prawidłowość, która właściwie trochę mnie zawstydza.

Prawidłowość tę odkryłam, przyglądając się falowaniu stanów okropnej wewnętrznej zawieruchy i dzikiej tęsknoty następujących po (i przed) okresem słodkiej ciszy i spokoju, a nawet uśpienia. W poszukiwaniu przyczyn, po których pojawiają ekstrema, początkowo nie znalazłam nic. Wydawało się, że nagle uderza niewidzialny piorun i już po mnie. A potem, tak samo nagle, jak ręką odjął, jestem sobie tu nieporuszona. Aż zobaczyłam korelację. To moje ciało, z księżycowym rytmem, narzuca emocjom rację istnienia. Nieustająco, nieuchronnie otwiera się i zamyka joni w swoim czasie, nie zważając, co „ja” na to. Niby takie proste, naturalne. Rytm, który kiedyś się zaczął i kiedyś się skończy. Życie w ciele kobiety. Życie, które rozpala oczy i duszę. I wysyła tę duszę na poszukiwanie, w świat.

Tyle dziś o zakochaniu.

Trochę przymrużam oko, kiedy tak patrzę. Trochę przez to się dystansuję. Od pogody? Od ciała? Od natury?

Chcieć widzieć miłość, która nie jest stanem zakochania powodowanym porywem wichru. 
Chcieć widzieć miłość. Chcieć widzieć Ciebie. I Siebie.

środa, 7 listopada 2012

spotykam strach

Do Mnie, do Ciebie i do Świata

Chciałabym już dłużej nie ranić Siebie. To nikomu i niczemu nie pomaga.
Chcę przestać wreszcie ranić siebie tęsknotą i nieświadomym brakiem zgody na to, żeby ktoś mnie kochał.

Może właśnie po to przychodzę tak długo, całą już wieczność do Ciebie.
Żeby odebrać sobie tę przestrzeń. Żeby jej nie było.
Bo tak jest bezpieczniej, kiedy nie ma przestrzeni.

Więc już nie.

Pełne imię rodzi strach. Strach Bycia.
Spotykam strach.
No to teraz zgoda na strach przed miłością.
I na jego przekroczenie.
Zobaczyłam... że nie przychodzą do mnie mężczyźni, już od lat. A kiedy przychodzą i przestaję udawać, że tego nie widzę, to ja im po prostu nie wierzę. A jeśli nawet uwierzę, to nie wierzę światu, sobie...

Zasłaniam twarz, siebie. Robię tę ciemność, żeby tylko nikt nie widział mojego pięknego szaleństwa.

I tęsknota jest zamiast istnienia, zamiast spotkania, zamiast miłości i zamiast przestrzeni.

Więc dość.

Teraz świadomie
robię przestrzeń
na miłość
i na bycie kochaną
otwartą
wolną
przestrzenną.

Taka afirmacja na dziś i na zawsze.
Trudna jak cholera.

Krok.
I jeszcze jeden krok.

Potrzebuję wypowiadać słowa, wtedy one nabierają mocy.


Anna

czwartek, 4 października 2012

serce

Medycyna zajrzała do mojego środka posługując się promieniami X i napisała na maszynie, że mam zmiany zapalne w lewym płucu. A to oznacza, że statystycznie należy mi się antybiotyk.

Odstawiłam wczoraj syrop przeciwkaszlowy, skutecznie chronił mnie przed bólem i pozwalał spać. I dziś zaczęłam słyszeć nieuzbrojonym uchem swój szumiący oddech, czasem więcej, trochę jakby kot mruczał.

Choroba trwa i trwa, i wciąż coś nowego mi podaruje. Dziś przypomina o tym, że chcę żyć. Idę i uśmiecham się do słońca. A kiedy siedzę z tym oddechem i z ciszą, to tak ogromnie mocno czuję serce. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak mocno. Moje serce jest większe niż to miasto.

środa, 26 września 2012

przez żołądek do serca



Zacznę od choroby. Ona jest tym czymś, co zaburza tak zwaną normalność. Zwykle jej nie chcę, a kiedy się pojawia, odpędzam jak natrętnego komara. Tak, chciałabym nawet trzepnąć ręką i pozbyć się problemu raz na zawsze. Móc po prostu pracować, chodzić, pisać czy śpiewać, zmieniać świat, gotować albo nawet nie robić nic, ale czuć się przy tym dobrze. Nie da się ani odpędzić, ani pacnąć. Można szukać sposobów na wyleczenie, wzmocnienie ciała. Można się zastanawiać skąd i po co. Można się zmartwić mniej czy bardziej. Można być z bólem albo łyknąć tabletkę. Można spotkać uczucia bezsilności i smutku. Można poprosić i otrzymać pomoc. Choroba trwa, ciało robi coś, o czym umysł nie wie, nie wszystko może skontrolować. Można nawet się bać.

Piję zioła, zażywam przepisane lekarstwa. Z trudem znajduję równowagę między tym co powinnam zrobić, a potrzebą snu i odpoczynku. Doświadczam pierwszego zabiegu akupunktury i pierwszego stawiania baniek.

A teraz jasne strony. Nauczyłam się prosić o wsparcie. Pokazałam bliskim osobom swoją słabość. Poczułam radość ze spotkania, z obecności, z czyjejś na mnie uważności. I jeszcze jedzenie. Według medycyny chińskiej bardzo ważne jest, co jemy. Ale jeszcze ważniejsze, w jaki sposób, w jakim nastroju przygotowujemy i zjadamy posiłek. Wydawało mi się, że o to dbam. Ale tylko mi się wydawało. Dziś z uwagą i troską o siebie ugotowałam prostą potrawę z ryżu, jarzyn, masła, przypraw. Z radością, że mam czas i możliwość, żeby to dla siebie zrobić. Że mogę usiąść przy stole, w ciszy. Zamknęłam oczy, popatrzyłam na cztery strony świata z wdzięcznością za to wszystko co mam. I to było pyszne. Przypomniało mi się powiedzenie „przez żołądek do serca”. I właśnie nakarmiłam swoje serce.