Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2014

światło

Cicho, świeca się pali. Dziś nie na marmurowej płycie, ale w oknie. Niech wszyscy zobaczą, którzy potrzebują zobaczyć, światło.
Zapalam latarnię Bliskim zmarłym, bo akurat jestem po tej stronie, po której istnieje ogień. A Oni po tamtej.
Kiedyś spotkaliśmy się po tej samej. Na chwilę. Teraz są inne chwile, innych spotkań. Tamte mi przypominają, żeby być tutaj. Żeby cieszyć się ciszą, kiedy jest; szczebiotem Dziecka, kiedy jest; czułą dłonią, kiedy jest. Sobą, kiedy patrzę w świecę albo w Ciebie i migoczą oczy.

[na zdjęciu podobno Ocean Spokojny]

środa, 22 października 2014

życie jako gra z czasem

Gdyby wyobrazić sobie, że czas jest rzeką (bo właściwie, czemu by nie?), to płyniemy, dryfujemy, zawracamy. Kiedyś tam wyparujemy. Zachmurzymy. Skroplimy, wsiąkniemy w ziemię. Napoimy drzewo, zabierze nas rzeka, do morza i dalej. I może jeszcze dalej.
Dziś są urodziny Brata. Nie wiem, gdzie i dokąd teraz płynie, jaką chmurą. Mnie płyną łzy. I tak jest dobrze.
A czas, to banalne tik tak, nic sobie z tego wszystkiego nie robi.
Zamiast jechać dziś rowerem, szłam wzdłuż Wisły w stronę kładki, w stronę morza. Inaczej jest iść niż jechać. Nie dość szybko jest iść. A świat wtedy inaczej wygląda. Pojawiają się szczegóły, które w pędzie niezauważone zaledwie migoczą, nim zdążą zaistnieć.
Świat wygląda zupełnie inaczej, kiedy zmniejszy się prędkość, na przykład stukrotnie.
Można popatrzeć, jak łabędź głaszcze pióra dziobem. Można zajrzeć w czyjeś oczy.
Różnie w życiu robimy: biegniemy, leżymy i wszystko pomiędzy tymi dwoma.
I czasem robimy to równocześnie. Część mnie realizuje cele, zadania, te małe na dziś i te na wiele lat. Robi, popycha, gna, dąży, nie ustaje. I inna część mnie, która potrzebuje być. Siedzieć przy stole, zapalić świeczkę, śpiewać, śnić, milczeć, patrzeć na sikorkę, co skacze po wyłysiałym drzewie za oknem. Patrzeć na Dziecko. Na to wszystko, czego nie widać w biegu.
One obie potrzebują przestrzeni. Ta, która biegnie i ta, która się zatrzymuje.
Światło księżyca w nowiu jutro się zatrzyma.
Na jedną małą chwilę.

niedziela, 26 maja 2013

spotkanie i obecność

Chcę widzieć Cię w miejscu, w którym jesteś. Bez oczekiwania, że będziesz w jakimś innym. Bez myśli, że wiem, co dla Ciebie dobre. Że w ogóle wiem, co dobre. Że wiem. Zaufać temu, co Jest. Chcę widzieć Siebie w miejscu, w którym jestem. Bez oczekiwania, że będę w jakimś innym. Bez oczekiwania, że wiem.
Rzeka płynie nieustannie, woda rodzi się z ziemi, wzbija w górę, spada, omija, zagarnia, mieści się, poddaje, zabiera przestrzeń, wsiąka w ziemię, leci w chmury.
Miejsce, w którym jestem, w którym jesteś, jak kadr wycięty z życia. Jak punkt na rzece, całkiem umowny. Można o nim pomyśleć, popatrzeć na niego, można wrzucić tam kamień, który położy się na dnie i pozna moc uderzenia, ruchu. Pozna rzekę sobą. Tę część rzeki, która go dotknie.
A cały ruch nieobjęty, nieuchwytny myślą. Wszystkie słowa z wszystkich czasów. Proszę, zapominaj je. Rodzą się z ziemi. Płyną. Lecą w chmury. Spadają.
Jest miejsce, w którym jesteś.
Jest miejsce, w którym jestem.
Nie ma żadnego miejsca, dopóki trwa ten ruch.

środa, 20 marca 2013

Równonoc nad rzeką

To był mój pierwszy raz, kiedy zrobiłam Marzannę i utopiłam ją w rzece. Kukła symbolizująca boginię śmierci, która pomaga przejść z czasu zimy i ciemności, do nowego. To przejście trwa dłużej niż chwila w czasie, prowadzi z mrocznego snu - w życie.

Śpią w gawrach niedźwiedzie, śpią w bajkach królewny, śpią marzenia. Uśpiona moc zaprasza, żeby ją przebudzić, objąć. Natura sama w sobie ma siłę potrzebną, by przywołać śmierć i również siłę do tego, żeby przynieść odrodzenie. Nastaje wiosna, ten czas, kiedy trawa przebija się do słońca po długiej, trwającej wiele miesięcy nocy. Człowiek współbrzmi z naturą, ale też sam wybiera, stawia stopy na ziemi, tworząc własną ścieżkę.

Moją Marzannę uszyłam z kwiecistego materiału, do jej głowy wpakowałam to, co symbolizuje wszystkie sprawy, których nie będę już dalej nieść. Kilka przedmiotów. Z nich najważniejsze dla mnie korale od Janki. Janka zmarła trzy lata temu. Wybierając dziś korale uczciłam jej pamięć, ale też zdecydowałam się coś zamknąć. I coś rozpocząć. To nowe, to równowaga między tym co kobiece i męskie, między dawaniem i przyjmowaniem, między byciem aniołem i byciem człowiekiem. To czas miłości, która obejmuje również tego, kto kocha. To czas i świat, w którym kobieta szanuje mężczyznę i mężczyzna szanuje kobietę.

W dniu zrównania dnia z nocą wiatr targał powierzchnię wody, w której przeglądało się jasne słońce. Tuż obok Smoczej Jamy biegały dzieci, wysoko nad miastem szybowały trzy duże czarne ptaki. Gdyby to była wieś, pomyślałabym, że przyleciały dziś bociany.

Marzanna popłynęła, a ja poszłam i nie obejrzałam się za siebie. Przejście Równonocy wywróciło mój żołądek na lewą stronę. Nie spodziewałam się tego silnego uczucia. To są jednak drzwi. I wybór, żeby przekroczyć próg, prowadzi do czegoś realnego. Symbolika rytuału otwiera umowny czas i umowną przestrzeń, w której naprawdę dzieje się zmiana. 

Dzień dobry, wiosno.

czwartek, 1 listopada 2012

święto Żywych i Umarłych


Mam dziś święto Żywych i Umarłych. Zapalam świeczkę, jak co dzień. Wspominam Brata i Tatę. Z wszystkich bliskich mi zmarłych dziś najwięcej myślę o cioci Łucji, siostrze mojej Mamy. Łucja była druga z rodzeństwa, urodziła się kilka lat przed wojną i tej wojny nie dożyła. Dla mnie zaistniała niedawno, nie pamiętam od kogo się o Niej dowiedziałam, ale było to na cmentarzu w Skalbmierzu, przy grobie Dziadków. Do tej pory nie potrafię zrozumieć, a może nawet uwierzyć, że została zapomniana. Jej istnienie, krótkie życie, śmierć i nawet miejsce pochówku. Przywołałam pamięć o Łucji wśród jej rodzeństwa, ale z jakiegoś powodu stała się bardziej dla mnie niż dla nich ważną Osobą. Widzę Łucję nie jako dziecko, ale piękną postawną kobietę w długiej sukni. Przychodzi, gdy jej potrzebuję. Kiedy patrzę na Przodków, to ją widzę najwyraźniej.

Dziś łączy się we mnie głęboki smutek z ogromną radością i wdzięcznością za tych, którzy żyją i są blisko, choć czasem daleko. Właśnie tak, żywi i umarli, są blisko i daleko.

niedziela, 14 października 2012

kilka słów o śmierci


Boję się pisać o śmierci. Bo trudno mi się pisze o czymś tak bardzo ważnym, co podchodzi czasem blisko, a czego przecież do końca nie znam. To trochę jak pisać o Bogu. Strach, że każde słowo może okazać się nieprawdziwe. A jednocześnie, kiedy przeglądam swoje teksty i wiersze, to śmierć jest w nich wciąż obecna.


Zaczynam pisać ten tekst, otwieram worek ze wspomnieniami. I nagle, to zdarza się już nie pierwszy raz, Dziecko podejmuje temat, chociaż piszę w ciszy.

- "Mamo, powiedz coś do mnie! Na mnie popatrz!!!"  Patrzę. - "Nie żyję!" .....  - "Synku, a co to znaczy?" - "Mamo, wiem, co to znaczy. Że już na świecie nie ma Tytusa."  Słucham uważnie, ale to już  koniec wyjaśnień. Zamyśliłam się. I w tym momencie wielki pluszowy pies ląduje na mojej klawiaturze. To znak, że życie wciąż trwa, bryka, bawi, złości, hałasuje. Życie komunikuje się poza słowami. Myśl o śmierci znajduje drogę z mojego umysłu do umysłu pięciolatka. Umysł tę myśl słyszy wyraźniej od wielu innych. Wracam do pisania, do śmierci, do życia.


Śmierć może być jak telefon w środku nocy. Jak lawa wylana na świadomość o czwartej nad ranem. Jak wstrzymany oddech. Kiedy nie podnoszę słuchawki. W półśnie nie chcę jej podnosić. Wiem, że bardzo nie chcę tej rozmowy. Najbardziej na świecie nie chcę tej rozmowy. I chwilę potem dowiaduję się, że nie mam Brata. I to znaczy okropnie dużo. I jakby nie znaczyło nic. Bo umysł teraz i tak niczego nie przełyka.


Śmierć jest jak świat równoległy, w którym też jestem. Ja. Jestem na przykład kobietą, matką, mieszkanką dużego miasta, kimś, kto umie pisać po polsku; jestem nauczycielką, studentką, głosem, który śpiewa; jestem kimś, kto się wzrusza i kimś, kto potrafi zranić. Jestem też mężczyzną, kamieniem, oddechem, wodą, dzieckiem, staruchą. Jestem wreszcie tą, która umiera. I to nie jest metafora.


Śmierć może być jak rozstanie z Ojcem przed laty. Może mieć zapach bezradności, szpitala, smutku, strachu. Może wyznaczać rytm drogi przemierzanej co tydzień, żeby potrzymać więdnącą dłoń i pomilczeć. Kiedy coraz dotkliwiej przychodzi zrozumienie, że ciało jeszcze żyje, a poza tym nie wiem nic. I nawet chciałoby się modlić o cud uzdrowienia albo niecierpienia, albo o cokolwiek.


Śmierć może mieć swoje miejsca na cmentarzach, gdzie w kamieniach żyją litery, układają się w imiona. A głęboko pod ziemią toczy się życie, o którym wolimy nie myśleć. Marmur jest gładki i dobrze zasłania ciemność. Odwiedzam groby i przysięgam, że nie wiem, po co to robię.
 W domu często płonie świeczka. Bywa, że ona jest moją jedyną modlitwą. I ten płomień świeczki, i ta modlitwa są jak wołanie bez słów, bez głosu, dokądś.


Śmierć może być obecna w codzienności. Ociera się o moją skórę, zupełnie jakby się łasiła. Jest. Kiedy zabijam komara. Kiedy jem rybę. Kiedy dzwonię piąty dzień do Matki, a ona ciągle nie odbiera telefonu. Kiedy krew menstruacyjna oczyszcza mnie, a wraz z nią odchodzi możliwość początku życia. Kiedy zasypiam i nie wiem, gdzie jestem. A potem rano wracam i nie wiem, gdzie byłam. Kiedy patrzę na Księżyc i przychodzi znowu ta noc, że on gaśnie, cały. Kiedy Syn ma atak duszącego kaszlu, a ja zawijam go w koc i stoimy tak na balkonie, łapiąc oddech i spokój. Kiedy trawa zimą cała gaśnie i czeka długie miesiące, żeby wiosną od nowa się urodzić. Kiedy odchodzą ludzie, co mieli być na zawsze. Idą w swoją stronę i zostawiają tu puste miejsce. Kiedy ja sama odchodzę od siebie, tej, która wydawała mi się jedyna możliwa.


Śmierć może być alternatywą. Tak jak z tym światem równoległym. Żyję i nie żyję. Piszę teraz i słyszę odgłosy miasta. Poruszam dłońmi, oddycham, patrzę, myślę, przełykam ślinę, czuję ciężar siebie, ciepło. Jestem.

Kilka dni temu siedziałam w ciszy, ciemności, bez picia i jedzenia. I gdzieś tam spotkałam siebie na krawędzi. Zobaczyłam tą, która potrzebuje wybierać. Poczułam żal, że życie nie jest dla mnie jedną wielką lekkością. Radosnym darem, zachwytem. Eksplozją energii, działaniem, kreowaniem, ekstatycznym tańcem wśród ziół i kwiatów. Że jest też ta, która zanurza się w ciemność. Śmierć jak jedna ze stron życia. Dla mnie piękna i uwodząca. Wciąż jeszcze nie wiem, co znaczą słowa Don Juana, że śmierć może być wielkim sprzymierzeńcem, ale przeczuwam wartość tej nauki. Coraz bliżej.



Tekst został opublikowany w "Trzech Kolorach", nr 9., październik 2012
"Trzy Kolory" można pobrać ze strony: http://www.sabatnik.pl/news.php