niedziela, 25 listopada 2012
spokojnie na piasku
Jeśli następnym razem zdołam zachować przytomność, kiedy dzika tęsknota porwie mnie w nieznane, może nie będzie tak, że przeczołga mnie po górach, chmurach, rzekach, ostrych krzakach, aż w końcu wyrzuci na piasek, a ja tam obolała, na wpół śniąca, na wpół pamiętająca, na wpół wściekła z solą pod powiekami i brakiem wiedzy po co to. Więc jeśli zdołam zachować uważność i usłyszeć głos... Może da się go usłyszeć i spokojnie położyć się na piasku i się nie poruszać. I tak leżąc, po prostu pójść za tym głosem i dojść do Siebie, do tego pozornie pustego miejsca (pozornie, bo przecież głos, słyszałam). Dojść do Siebie i odnaleźć to coś, co nigdy nie zginęło. Jeśli…
wtorek, 13 listopada 2012
czas
Przychodzi, wciska się nieproszony w moje czekanie, rozpycha łokciami, tak jakby chciał się rozgościć tu już na zawsze. Nie zważa na to, że jestem nieuprzejma i nie mam wcale ochoty częstować go herbatą. Nie chcę, żeby tu siedział i siedział nie wiem jak długo. A gdyby tak miało być zawsze...
Innym razem biegnie jak opętany, nie daje się dogonić. Bywa, że daję się porwać tej grze.
Zobaczyłam czas w Dziecku. W tym maleńkim chłopcu, który kiedyś popatrzył na mnie pierwszy raz. I w tym większym, teraz. Zupełnie nie sposób w to uwierzyć, kiedy to się stało i jak. Nieustanne dorastanie do świata, jakby poza czasem. Nieuchwytne.
Myślenie o czasie zaczęło się od mentalnej wyprawy w przyszłość. W przebłysku jasnowidzenia, patrząc na śpiącego chłopca, zatroskałam się o bunt przyszłego nastolatka. Czas na to też pozwala, żeby sięgnąć tam, gdzie jeszcze nie ma tego, co jest. I pomyślałam, wracając do Dziecka, że mogę przeoczyć nastoletni bunt, zahartowana codziennymi walkami o wielkie małe ja.
Spóźniłam się do pracy. Piszę.
Zaraz nów księżyca... czas się toczy po niebie, po mnie.
zaćmienie
To, czego nie widzę, też istnieje. Dziś będzie całkowite zaćmienie słońca. Ciemność zasłoni blask, a potem przeminie.
Przyłapałam się na nieskromnej myśli, że mnie to nie dotyczy, bo to nie moja połowa Ziemi. Cóż za ignorancja i egocentryzm. Zupełnie, jakby ważne dla świata było to, co odsłania się przed moimi oczami. A reszta tonie w mroku, zaćmiona. Dobrze, że czasem da się otworzyć oczy, które wydawały się już otwarte.
środa, 7 listopada 2012
spotykam strach
Do Mnie, do Ciebie i do Świata
Chciałabym już dłużej nie ranić Siebie. To nikomu i niczemu nie pomaga.
Chcę przestać wreszcie ranić siebie tęsknotą i nieświadomym brakiem zgody na to, żeby ktoś mnie kochał.
Może właśnie po to przychodzę tak długo, całą już wieczność do Ciebie.
Chciałabym już dłużej nie ranić Siebie. To nikomu i niczemu nie pomaga.
Chcę przestać wreszcie ranić siebie tęsknotą i nieświadomym brakiem zgody na to, żeby ktoś mnie kochał.
Może właśnie po to przychodzę tak długo, całą już wieczność do Ciebie.
Żeby odebrać sobie tę przestrzeń. Żeby jej nie było.
Bo tak jest bezpieczniej, kiedy nie ma przestrzeni.
Więc już nie.
Pełne imię rodzi strach. Strach Bycia.
Spotykam strach.
No to teraz zgoda na strach przed miłością.
I na jego przekroczenie.
Zobaczyłam... że nie przychodzą do mnie mężczyźni, już od lat. A kiedy przychodzą i przestaję udawać, że tego nie widzę, to ja im po prostu nie wierzę. A jeśli nawet uwierzę, to nie wierzę światu, sobie...
Zasłaniam twarz, siebie. Robię tę ciemność, żeby tylko nikt nie widział mojego pięknego szaleństwa.
I tęsknota jest zamiast istnienia, zamiast spotkania, zamiast miłości i zamiast przestrzeni.
Więc dość.
Teraz świadomie
robię przestrzeń
na miłość
i na bycie kochaną
otwartą
wolną
przestrzenną.
Taka afirmacja na dziś i na zawsze.
Trudna jak cholera.
Krok.
I jeszcze jeden krok.
Potrzebuję wypowiadać słowa, wtedy one nabierają mocy.
Bo tak jest bezpieczniej, kiedy nie ma przestrzeni.
Więc już nie.
Pełne imię rodzi strach. Strach Bycia.
Spotykam strach.
No to teraz zgoda na strach przed miłością.
I na jego przekroczenie.
Zobaczyłam... że nie przychodzą do mnie mężczyźni, już od lat. A kiedy przychodzą i przestaję udawać, że tego nie widzę, to ja im po prostu nie wierzę. A jeśli nawet uwierzę, to nie wierzę światu, sobie...
Zasłaniam twarz, siebie. Robię tę ciemność, żeby tylko nikt nie widział mojego pięknego szaleństwa.
I tęsknota jest zamiast istnienia, zamiast spotkania, zamiast miłości i zamiast przestrzeni.
Więc dość.
Teraz świadomie
robię przestrzeń
na miłość
i na bycie kochaną
otwartą
wolną
przestrzenną.
Taka afirmacja na dziś i na zawsze.
Trudna jak cholera.
Krok.
I jeszcze jeden krok.
Potrzebuję wypowiadać słowa, wtedy one nabierają mocy.
Anna
czwartek, 1 listopada 2012
święto Żywych i Umarłych
Mam dziś święto Żywych i Umarłych. Zapalam świeczkę, jak co dzień. Wspominam Brata i Tatę. Z wszystkich bliskich mi zmarłych dziś najwięcej myślę o cioci Łucji, siostrze mojej Mamy. Łucja była druga z rodzeństwa, urodziła się kilka lat przed wojną i tej wojny nie dożyła. Dla mnie zaistniała niedawno, nie pamiętam od kogo się o Niej dowiedziałam, ale było to na cmentarzu w Skalbmierzu, przy grobie Dziadków. Do tej pory nie potrafię zrozumieć, a może nawet uwierzyć, że została zapomniana. Jej istnienie, krótkie życie, śmierć i nawet miejsce pochówku. Przywołałam pamięć o Łucji wśród jej rodzeństwa, ale z jakiegoś powodu stała się bardziej dla mnie niż dla nich ważną Osobą. Widzę Łucję nie jako dziecko, ale piękną postawną kobietę w długiej sukni. Przychodzi, gdy jej potrzebuję. Kiedy patrzę na Przodków, to ją widzę najwyraźniej.
Dziś łączy się we mnie głęboki smutek z ogromną radością i wdzięcznością za tych, którzy żyją i są blisko, choć czasem daleko. Właśnie tak, żywi i umarli, są blisko i daleko.
piątek, 26 października 2012
o radości
Byłam dziś na jodze. Kiedy jechałam tramwajem przez miasto (to dobry dzień na tramwaj przez miasto, bo Planty w słońcu), uświadomiłam sobie, że znam tego Nauczyciela już ponad cztery lata i po raz pierwszy jadę do niego na jogę. Jest coś takiego w byciu Nauczycielem, czy też z mojej perspektywy - uznania Kogoś za nauczyciela, że ten Ktoś bardziej Jest niż coś robi. I niełatwo to wszystko nazwać słowami, a jednocześnie jest bardzo realne.
Ta joga dziś, ruch ciała, oddech, połączenie ruchu i oddechu. Obecność.
Siedzę przy stole, zjadłam już przedpołudniowe śniadanie, zabieram się do pracy. Najbardziej chce mi się pisać. Myślę też, czym jest zdrowie. Do czego mi jest potrzebne, skąd się bierze. Czuję wyraźnie, że oddycham. Mój astmatyczny oddech nabrał przestrzeni.
Ciało urodziło się, żeby się poruszać. Człowiek stworzony jest do radości. Nie tylko w słoneczny dzień. W szary dzień też. I nawet najciemniejszą nocą. Ta radość nie zawsze oznacza zabawę, śpiew, taniec. To może być po prostu radość z oddychania. Aż radość z oddychania. Jest cicho. W oddali wzgórza Lasku Wolskiego brązowieją. Cienie przesuwają się bardzo powoli, zgodnie z rytmem słońca.
niedziela, 14 października 2012
kilka słów o śmierci
Boję się pisać o śmierci. Bo trudno mi się pisze o czymś tak
bardzo ważnym, co podchodzi czasem blisko, a czego przecież do końca nie znam.
To trochę jak pisać o Bogu. Strach, że każde słowo może okazać się
nieprawdziwe. A jednocześnie, kiedy przeglądam swoje teksty i wiersze, to
śmierć jest w nich wciąż obecna.
Zaczynam pisać ten tekst, otwieram worek ze wspomnieniami. I
nagle, to zdarza się już nie pierwszy raz, Dziecko podejmuje temat, chociaż
piszę w ciszy.
- "Mamo, powiedz coś do mnie! Na mnie
popatrz!!!" Patrzę. - "Nie
żyję!" ..... - "Synku, a co to
znaczy?" - "Mamo, wiem, co to znaczy. Że już na świecie nie ma
Tytusa." Słucham uważnie, ale to
już koniec wyjaśnień. Zamyśliłam się. I
w tym momencie wielki pluszowy pies ląduje na mojej klawiaturze. To znak, że
życie wciąż trwa, bryka, bawi, złości, hałasuje. Życie komunikuje się poza
słowami. Myśl o śmierci znajduje drogę z mojego umysłu do umysłu pięciolatka.
Umysł tę myśl słyszy wyraźniej od wielu innych. Wracam do pisania, do śmierci,
do życia.
Śmierć może być jak telefon w środku nocy. Jak lawa wylana
na świadomość o czwartej nad ranem. Jak wstrzymany oddech. Kiedy nie podnoszę
słuchawki. W półśnie nie chcę jej podnosić. Wiem, że bardzo nie chcę tej
rozmowy. Najbardziej na świecie nie chcę tej rozmowy. I chwilę potem dowiaduję
się, że nie mam Brata. I to znaczy okropnie dużo. I jakby nie znaczyło nic. Bo
umysł teraz i tak niczego nie przełyka.
Śmierć jest jak świat równoległy, w którym też jestem. Ja.
Jestem na przykład kobietą, matką, mieszkanką dużego miasta, kimś, kto umie
pisać po polsku; jestem nauczycielką, studentką, głosem, który śpiewa; jestem
kimś, kto się wzrusza i kimś, kto potrafi zranić. Jestem też mężczyzną,
kamieniem, oddechem, wodą, dzieckiem, staruchą. Jestem wreszcie tą, która
umiera. I to nie jest metafora.
Śmierć może być jak rozstanie z Ojcem przed laty. Może mieć
zapach bezradności, szpitala, smutku, strachu. Może wyznaczać rytm drogi
przemierzanej co tydzień, żeby potrzymać więdnącą dłoń i pomilczeć. Kiedy coraz
dotkliwiej przychodzi zrozumienie, że ciało jeszcze żyje, a poza tym nie wiem
nic. I nawet chciałoby się modlić o cud uzdrowienia albo niecierpienia, albo o
cokolwiek.
Śmierć może mieć swoje miejsca na cmentarzach, gdzie w
kamieniach żyją litery, układają się w imiona. A głęboko pod ziemią toczy się
życie, o którym wolimy nie myśleć. Marmur jest gładki i dobrze zasłania
ciemność. Odwiedzam groby i przysięgam, że nie wiem, po co to robię.
Śmierć może być obecna w codzienności. Ociera się o moją
skórę, zupełnie jakby się łasiła. Jest. Kiedy zabijam komara. Kiedy jem rybę.
Kiedy dzwonię piąty dzień do Matki, a ona ciągle nie odbiera telefonu. Kiedy
krew menstruacyjna oczyszcza mnie, a wraz z nią odchodzi możliwość początku
życia. Kiedy zasypiam i nie wiem, gdzie jestem. A potem rano wracam i nie wiem,
gdzie byłam. Kiedy patrzę na Księżyc i przychodzi znowu ta noc, że on gaśnie,
cały. Kiedy Syn ma atak duszącego kaszlu, a ja zawijam go w koc i stoimy tak na
balkonie, łapiąc oddech i spokój. Kiedy trawa zimą cała gaśnie i czeka długie
miesiące, żeby wiosną od nowa się urodzić. Kiedy odchodzą ludzie, co mieli być
na zawsze. Idą w swoją stronę i zostawiają tu puste miejsce. Kiedy ja sama
odchodzę od siebie, tej, która wydawała mi się jedyna możliwa.
Śmierć może być alternatywą. Tak jak z tym światem
równoległym. Żyję i nie żyję. Piszę teraz i słyszę odgłosy miasta. Poruszam
dłońmi, oddycham, patrzę, myślę, przełykam ślinę, czuję ciężar siebie, ciepło.
Jestem.
Kilka dni temu siedziałam w ciszy, ciemności, bez picia i
jedzenia. I gdzieś tam spotkałam siebie na krawędzi. Zobaczyłam tą, która potrzebuje
wybierać. Poczułam żal, że życie nie jest dla mnie jedną wielką lekkością.
Radosnym darem, zachwytem. Eksplozją energii, działaniem, kreowaniem,
ekstatycznym tańcem wśród ziół i kwiatów. Że jest też ta, która zanurza się w
ciemność. Śmierć jak jedna ze stron życia. Dla mnie piękna i uwodząca. Wciąż
jeszcze nie wiem, co znaczą słowa Don Juana, że śmierć może być wielkim
sprzymierzeńcem, ale przeczuwam wartość tej nauki. Coraz bliżej.
Tekst został opublikowany w "Trzech Kolorach", nr 9., październik 2012
"Trzy Kolory" można pobrać ze strony: http://www.sabatnik.pl/news.php
Subskrybuj:
Posty (Atom)